Czuję, że ten przypadek to moje przeznaczenie. Czuję piękno, a potem...
Potem są splecione dłonie. Moje.
Potem nic.
W tym śnie jestem najbliżej i najdalej. W tym śnie mnie nie ma. To dusza patrzy. Z góry... albo z boku. Czy jest jakaś różnica? Zawsze byłam słowem. Dobrym albo cichym. Takim szeptem. Nie wiedziałam, że krzywdzę się w ten sposób. Bo byłam zawsze. Wszystkim zależało. Na tym słowie. Zawsze, gdy czułam jej obecność, zawsze wtedy nie zależało nikomu. To tylko pustka... wypełnisz ją. Byłam.
Ja wiem, że nie każdy zasługuje na dobro. Przecież tyle razy słyszałam "nie zasłużyłaś", "to nie dla ciebie", "jesteś do niczego". Oni sami nie wiedzieli... mówili mi cuda i przekleństwa. Ale ja wiem to wszystko, czego nie umieli wyrazić. Wiem, że nie należy mi się żadne spełnione marzenie. Wiem, że uczucie to dar, który mi się nie należy. Choć miałam nadzieję... nie ma jej. Czuję to. Bardziej niż oparzenie żelazkiem. W tym życiu nie zasługuję. W tym życiu... nie istnieje miłość. Dla mnie. Bo we mnie... we mnie jest inaczej. Nie potrafię nie czuć. W tym życiu jestem słowem. Mnie się nie da kochać. Mnie się chce wtedy, kiedy brakuje. Słów.
Tak bardzo chciałam wierzyć...
Ale przecież nie może być inaczej, skoro tak naprawdę wszystko, czego pragnęłam, uciekało... znikało. Było nieosiągalne.
Jak niebo. Zabite. Gwoździem.
Źródło pragnień i niespełnienia.
Bałam się, bo nikt nigdy nie pokocha kogoś, kim jestem. Nikt nie pokocha. Nie umiem zasłużyć na miłość. To dar. Nie będzie mnie w żadnym sercu. Nie chcę nikomu ciążyć. A jeśli komuś zrobiłoby się lżej, wolałabym zniknąć. Dlaczego?
Bo kocham. Do trumny.
Przepraszam, że...
Zacznę od nowa.
Bo kocham. I nie wyobrażam sobie innego świata. Bez. Dlatego jestem.
Dlatego wierzę w niebo, którym jesteś.
Dlatego nie przestanę patrzeć.
I będę tym cholernym słowem.
Zabiorę Twój ból.
Do serca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz